UKARANA CHCIWOŚĆ

Odkąd tylko istniała wieś Biała Woda, opowiadali ludzie, że za skałką zwaną Czubata, nieopodal osady, w rumowiskach i skałach jest jaskinia, a w niej leżą ukryte nieprzebrane skarby. Skąd się tam wzięły nikt nie wie. Wiadomo tylko, że pilnują ich złe duchy, czarty i inne plugastwo i bronią dostępu do bogactwa. Raz w roku, w Palmową Niedzielę, skarby pozostają bez dozoru i każdy, kto na nie trafi, może zabrać tyle dobra, ile zdoła unieść. Trwa to niedługo, tyle tylko ile czasu zajmuje czytanie Ewangelii o Męce Pańskiej w kościele, jej to bowiem owi strażnicy bogactwa i inne czarcie nasienie musi w tym dniu z Boskiego rozkazu wysłuchać. Słyszała też o tym Magda, wdowa, i już nieraz tak sobie myślała, że dobrze by było owe skarby znaleźć. Biedna nie była, bo też mąż nieboszczyk zostawił, jej spora gospodarkę, ale bardzo lubiła wszelkie dostatki. Oprócz gazdówki w samej wsi miała też Magda swoją część w polanach za czorsztyńskim zamkiem, kawałek lasu nad Wąwozem Homole, spory kierdel owiec, trzy krowy, kury, gęsi i co tam jeszczew gospodarstwie potrzebne. Miała też córeczkę jedynaczkę, ledwie trzy lata dziewczątku było. Chłop Magdę młodo odumarł. Mówili ludzie, że rozstał się z tym światem przez jej chciwość; tak go bez końca do każdej roboty goniła! W dzień tyrał z flisakami na Dunajcu, rano i wieczorem na gospodarstwie, a nieraz się podobno trafiało, że przy księżycu kosił. Kiedy umarł, została Magda sama i niedługo zaczęła myśleć, jakby się tu dobrze wydać. Najlepiej za bogatego, bezdzietnego wdowca! Toby dopiero były majątki! Upatrzyła sobie też rychło takiego w Szczawnicy. Gazda był bogaty, stary i chętny do żeniaczki, ale tak jak i Magda za majątkiem patrzył. Gdyby tak znaleźć to zaklęte złoto, myślała wdowa, na pewno ją, a nie inną poprowadziłby do ołtarza. Tej wiosny już postanowiła nie na żarty skarbów szukać. Niedziela była piękna, słoneczna, lekki wiaterek wiał od Pienin. Na słonecznych grapach złociły się kaczeńce przy potokach, pod drzewami, bieliły zawilce. Obuła Magda kierpce, dzieciaka owinęła chustką i ruszyła ku skałom. Spieszyła się, bo już chwilę temu na początek nabożeństwa dzwonili-, więc czasu było niewiele. Dzieciak coś tam marudził, rączki do kwiatków wyciągał, ale w sadziła mu w buzię kawałek cukru i ucichł. Dobrze się zmachała, zanim z ciężarem podeszła ku skałom. Słońce tu grzało, brzęczały pszczoły nad krzakami wierzby obsypanymi baźkami, zaś ze szczelin wypływały strużki wody z topniejących resztek lodu. Obejrzała dokładnie skalne zakamarki, podeszła jeszcze trochę wtyżej, ale nigdzie niczego nie było widać. Może spóźniła się i już jama ze skarbami zamknięta? Że też musiała się z tym dziewczęciskiem mordować! Sama doszłaby tu szybciej i lekko! Dzieciak znowu zaczął marudzić, burknęła na niego. zła i zmęczona. Właśnie miała już iść z powrotem, kiedy nagle poczuła jak owiewa ją zimny, piwniczny powiew idący gdzieś od skały. Odwróciła się za siebie i nagle ujrzała pod korzeniami sosny oplatającej omszały głaz zionące lodem i wilgocią wejście. Jest! Otworzyła się ziemia! Są skarby! Skoczyła Magda do środka! Dobrze, że nie upadła na śliskich, zmokrzałych kamieniach! To wszystko przez tego dzieciaka, którego musi dźwigać! Że też nie miała z kim małej zostawić w chałupie! Stanęła naraz przed wielkimi dębowyrni wierzejami. Jeszcze nie zdążyła pomyśleć jak je otworzy, kiedy okute żelazem i nabijane ćwiekami i kołkami drzwi same cichutko zaczęły się uchylać, a przez szparę spłynął migotliwy blask. Podparła Magda wierzeje łokciem, byle prędzej wejść do środka? Za drzwiami głęboka, sklepiona pieczara. Ze stropu kapie woda, nad głową piszczą nietoperze, pod nogami snują się węże, gadziny oślizłe. A w pieczarze? Boże Miłosierny! Pod ścianami, na środku stoją beczki, kufry, skrzynie i worki pełne złota, kolorowsych kamuszków,pereł! Walają się te skarby po ziemi, są wszędzie, że nie wiedzieć gdzie, którędy stąpnąć! Byłaby Magda tak stała w zachwyceniu nie wiadomo jak długo, ale przypomniała sobie, że musi się spieszyć! Zaczęła garściami sypać do zapaski talary, łańcuszki, korale, Sama już nie wiedziała skąd i jak brać te bogactwa! Ściągnęła z głowy chustkę, zawiązała w cztery rogi; tobół ciężki, że ani podnieść! Wreszcie złapała dziecko, wyciągnęła z chusty, posadziła je na pierwszym z brzegu kufrze! Już i ta chusta pełna! Złapała brzemię i biegiem ruszyła do wyjścia. Wysypie skarby przed jaskinią i jeszcze raz wróci! Że też nie pomyślała, żeby zabrać na te cudowności worek albo dwa! Wyskoczyła z jaskini, oślepiło ją słońce. Nie zdążyła jeszcze rozwiązać toboła, jak nagle z głuchym łoskotem zawarły się wierzeje i na oczach skamieniałej Magdy zamknęła się skała! Skoczyła Magda ku skale, drze ją pazurami, ręce kaleczy! Dziecko! Dziecko w skale zostało! Padła na kolana! Niech się Pan Bóg zmiłuje, zabierze złoto, a dziewuszkę jej wróci!! Nie pomogły łzy, błagania i modlitwy! Klęczała Magda pod skałą, a koło niej w błocie walało się złoto. Tyle teraz o nie dbała co o zeszłoroczną trawę wołała swoją dziewuszkę, aż jej głosu brakło. Na nic! Przez cały rok, dzień po dniu, chodziła Magda ku skałom. Przez cały rok modliła się i płakała, przez cały rok chciała się przeklętego złota pozbyć, ale co już prawie całe rozdała, znowu wszędzie go pełno w komorze było! Schudła i zmarniała, wilkiem na ludzi patrzyła, o gospodarkę nie dbała, aż się wszyscy nadziwić nie mogli co się też z taką szumną gaździną stało! Tak doczekała następnej Palmowej Niedzieli. Od nocy warowała już przy kale. Było koło południa, kiedy znowu zobaczyła kute wierzeje. Ledwie tylko szparka się nich uchyliła, rzuciła się Magda do środka! Nie patrzyła, że depce po perłach, ślizga ię po talarach! Dopadła do kufra i widzi -na nim siedzi jej dziewuszka i bawi się olorowymi kamykami? Chwyciła ją na ręce, przytuliła, ile siły? Wypadła z dzieckiem na oży- Świat, na słońce! Dzieciak śmieje się do Magdy i coś tam gada! Dla niego jakby hwila minęła w podziemiu; dla Magdy wiek chyba! Wróciła wdowa do wsi, jak dawniej abrała się za gospodarkę, ale już się za bogatym ożenkiem nie rozglądała. Nigdy też awet na chwilę nie rozstawała się ze swoim dziewczątkiem. Wszędzie tę małą ze sobą odziła: do kościoła, na prządki, na wesele, na jagody i grzyby, w pole i do siana, aż ię ludzie dziwili. Dziewuszka rosła, ładna była i przymilna, a włosy miała takie jasne łote, że w słońcu aż oczy bolały patrzeć na nie. Owijała ją też matka często chustką, eby się ludzie nie cudowali.



Szczawnica.net Wszelkie prawa zastrzeżone.